Definicja informacji

opublikowane 2008-02-26

Wpis ten chciałbym zadedykować mojej mamie, która kiedyś chciała porozmawać na ten właśnie temat z rozmówcami, którzy srodze ją zawiedli. To jest ważne pytanie i warto się nad nim zastanowić, co niniejszym czynię.

Z zawodu jestem informatykiem. Przez pięć lat regularnie chodziłem do takiego prostokątnego budynku w którym panowie w garniturach i okularach prowadzili długie przemówienia gęsto okraszone rysunkami prostokątów połączonych strzałkami.

Potem byłem w pokoju, w którym siedział nie jeden, a cały komplet panów w garniturach i okularach, którym musiałem opowiedzieć to, co chcieli ode mnie usłyszeć, i na koniec dostałem płaski przedmiot wykonany z celulozy, na który jest naniesiony czarny tusz w tak sprytny sposób, że każda osoba, której go pokażę, myśli że jestem informatykiem.

Więc na zasadzie dowodu społecznego mogę powiedzieć, że jestem.

Ale dopiero wczoraj się zorientowałem, że nie wiem, czym zajmuje się mój zawód. Informacją, to jasne. Ale co to jest informacja?

Czy informacja to jest zapis? Na przykład zdanie napisane na kartce? No nie, zapis nie jest tożsamy z informacją, bo to samo zdanie może być nagrane na taśmie i chyba nikt nie ma wątpliwości, że będzie to ta sama informacja, choć taśma magnetofonowa kartki papieru zupełnie nie przypomina.

Jest też problem przypominający spór o uniwersalia, to znaczy, problem istnienia idei. Tak często mówimy o ideach, że korci nas, żeby myśleć, że idee istnieją w takim sensie w jakim istnieje np. stół w dużym pokoju. (Platon mówił że tak, a Arystoteles że nie do końca, a stoicy że w ogóle nie.)

Strona na Wikipedii pozostawiła u mnie duży niedosyt, szczególnie ze względu na to, że informacja ma tam wiele definicji i istnieje podział na informację „obiektywną” i „subiektywną”. Książka Davida MacKaya Information Theory, Inference and Learning Algorithms jest cała poświęcona przetwarzaniu informacji, ale nigdzie nie próbuje jej zdefiniować; zaczyna od transmisji informacji, przyjmując że informacja już istnieje.

Postulowałbym, że o informacji nie można mówić w oderwaniu od czegoś, co może tę informację przetwarzać. Niekoniecznie musi to być od razu inteligencja, wystarczy żeby był jakiś agent, czyli coś co sobie jest i sobie działa, tzn. podejmuje jakieś akcje. Agent operuje w jakimś środowisku, bez środowiska pojęcie agenta nie ma sensu. Proponuję rozumienie podobne do agenta w programowaniu, tyle że w dowolnym środowisku, np. w rzeczywistości.

Najważniejszą rzeczą dla agenta jest przewidywanie. Co się stanie jak pójdę tu? Co się stanie jak zrobię tamto? Jaki krok przybliży mnie do osiągnięcia celu? Agent, który nie jest w stanie przewidywać, nie jest w stanie (skutecznie) działać… w skrócie powiedziawszy, żaden z niego agent. Mając już agenta i przewidywanie, mogę zaproponować definicję informacji:

Informacja jest to coś, co pozwala przewidywać.

Przewidywać, to znaczy być w stanie powiedzieć z góry, na przykład, „co się stanie jeżeli zrobię to” (czy tamto).

Jeżeli mamy dwie reprezentacje (zapisy) jakichś informacji, i obydwie informacje pozwalają przewidywać tę samą rzecz, to znaczy że jest to ta sama informacja. Jeżeli zapis nie pozwala niczego przewidzieć, to nie ma w nim informacji.

Co ciekawe, zapis wcale nie musi pochodzić od innego agenta. Zapis może być po prostu zastanym elementem natury. Istotne jest to, czy zapis ten pozwoli danemu agentowi przewidywać.

Im więcej myślę o tej definicji, tym bardziej mnie przekonuje… ale być może w ogóle nie mam racji, albo odkryłem Amerykę w konserwie. Żeby obalić moją propozycję, wystarczy podać przykład informacji, która jest informacją, a nie pozwala niczego przewidywać. Albo coś, co pozwala przewidywać, a informacją nie jest.


Komentarze