Kurs żaglówki Dingue

Pierwszy raz na żaglu, w dwuosobowej łódce szkoleniowej

Mam wrażenie że nadrabiam zaległości z liceum, czyli robię rzeczy które robili wszyscy naokoło, tylko ja nie. Należy do tych rzeczy chodzenie do irlandzkiego pubu, słuchanie grunge’u, noszenie długich włosów (chociaż znowu mam krótkie), oraz fascynacja żaglami. Nie wszystko jeszcze zrobiłem, czeka mnie jeszcze kilka rzeczy, takich jak chodzenie w góry z plecakiem oraz podróż autostopem. Ale obecnie jestem na etapie żagla.

Dzień 1 i 2

W ostatni weekend odbyliśmy z moją dziewczyną Aną dwa z czterech dni kursu. Część była teoretyczna, wszyscy dostali książeczki z teorią, słownictwem, oraz instrukcjami co się jak robi. Zrobiłem zestaw fiszek w AnkiDroid, żeby zapamiętać, co jak się nazywa.

Nauczyliśmy się też trzech węzłów, których prostota jest równie zaskakująca jak ich skuteczność. Pierwszy to ósemka, która nie pozwala żeby lina wysunęła się na przykład z oczka przez które ją przełożyliśmy. Drugi to węzeł płaski, który służy do połączenia dwóch końców liny, albo do połączenia dwóch lin. Trzeci to węzeł ratowniczy, czyli pętla, która się nie zaciska, ale na której możemy zawiesić ciężar, i która się sama nie rozwiąże. Każdy dostał kawałek linki do praktyki. Świetny pomysł, bo ten kawałek linki można nosić w kieszeni i w wolnej chwili bawić się nim, ćwicząc węzły, zamiast skrolować fejsbuka.

Dingue to nieskomplikowana, dwuosobowa łódka szkoleniowa. Jedna osoba siedzi przy sterze, a druga pilnuje żagla. W ten sposób jedna osoba jest odpowiedzialna za kierunek w którym płynie łódka, a druga za prędkość. Montaż łódki też jest prosty, podejrzewam że ktoś wprawny może zmontować ja w kilka minut. Podobno częstym problemem jest zapomnienie o zatyczce, korku z tyłu łódki. Bez zatyczki, woda powoli nalewa się do środka i łódka zaczyna powoli zanurzać się w wodzie. Na szczęście nikomu się to na kursie nie przytrafiło.

Pierwszego dnia nauczyliśmy się płynąć prosto oraz robić zwroty (przez rufę oraz przez sztag). Niestety wiatr nie dopisał; od początku był słaby, a około 10:30 ustał całkowicie, i łodkę szkoleniową trzeba było zaholować do nadbrzeża.

Drugiego dnia nauczyliśmy się montować łódkę i ćwiczyliśmy zwroty. Częścią manewru jest zmiana miejsc; obydwie osoby przesiadają się na przeciwną stronę łódki. Dingue jest łódką dość chybotliwą, więc przesiadkę należy zrobić razem, jednocześnie. Dwie osoby siedzące po tej samej stronie łódki mocno ją przeważają, i mam wrażenie że można w ten sposób łatwo wpaść do wody. Ale jak na razie nikt nie wpadł, w tym sensie wciąż jestem nieochrzczony. Za pierwszym razem Ana przesiadła się na drugą stronę łódki na tyle szybko, że nie byłem przygotowany żeby się przesiąść w tym samym momencie, i łódka natychmiast przechyliła się na burtę. Od tego momentu ustaliliśmy że będziemy robić to na raz, dwa, trzy. Oczywiście zaraz nawiązała się dyskusja o tym jak to “raz, dwa, trzy” szybko rozwija się do „raz, dwa, trzy, i już!”, co stawia koncepcję „na trzy” pod znakiem zapytania.

Wiatr drugiego dnia był lepszy, chociaż wciąż za słaby, łódka ledwo przesuwała się po wodzie. Ale być może jak do nauki, był w sam raz.

W najbliższy weekend odbędę kolejne dwa dni kursu, mam nadzieję że nauczymy się dobijać do brzegu i będziemy mieli okazję popływać przy silniejszym wietrze.

Dla Any i dla mnie było to pierwsze tego typu doświadczenie, i oboje natychmiast zrozumieliśmy miłośników żagla. Było cicho, dało się słyszeć tylko wiatr, uderzanie fal o burtę, i dźwięki pochodzące z łódki. Naszym ulubionym dźwiękiem był delikatny terkot towarzyszący wybieraniu żagla.

Zgodziliśmy się z Aną co do tego, że spokojnie potrafimy wyobrazić sobie spędzenie całego dnia na wodzie.

Dzień 3

Tym razem trafiliśmy ina inną pogodę. Zamiast słońca i ciszy, pochmurne niebo i ostre podmuchy. Łódka drugiej załogi wywróciła się, próbując wykonać zwrot przez rufę. Przy silniejszym wietrze wszelkie manewry łódki dzieją się dużo szybciej. To, co wcześniej zajmowało cztery sekundy, potrafiło teraz zająć pół. Po ruszeniu sterem łódka natychmiast zmieniała kurs. Nie było czasu na myślenie.

Jedna załoga wywróciła się. Zaletą Dingue jest to że unosi się jak korek na wodzie, i w miarę łatwo jest ją obrócić z powrotem masztem do góry.

Dzień 4

Klasa Dingue to klasa w której nie jest kwestią czy się łódka przewróci czy nie. Kwestią jest jedynie to, kiedy to się stanie.

Mieliśmy ćwiczyć stawianie łódki po przewróceniu. Byłem jedyną osobą która tego w kóńcu nie przećwiczyła, bo… nie przewróciłem łódki.

Zastanawiałem się, w jaki sposób będziemy to ćwiczyć: wywracać łódkę specjalnie w jakiś sposób? Jak? W praktyce, pierwsza załoga wywróciła się w pierwszych pięciu minutach lekcji, znowu próbując zrobić zwrot przez rufę. Myślałem że już to przetestowali na poprzedniej lekcji, a może to była inna ekipa, nie pamiętam. W każdym razie kiedy wsiadłem na łódkę, wiedziałem że się przy silnym wietrze zwrotu przez rufę nie robi, bo żagiel przelatuje na drugą stronę z dzikim impetem, i jeżeli się nie zareaguje w ciągu pół sekundy, łódka się przewraca do góry dnem. I z tego powodu zwrotu przez rufę się przy silnym wietrze nie robi.

Dodatkową trudnością były podmuchy, które zdawały się nadchodzić z innego kierunku niż stały wiatr. Dodatkową atrakcją były większe statki wchodzące i wychodzące z przystani. Potrafiły lekko przestraszyć. W pewnym momencie zrobiłem zwrot żeby uniknąć wpłynięcia na brzeg (chociaż nie sądzę żebym mógł tą małą łódeczką jakkolwiek nań wpłynąć). Zaraz po wykonaniu zwrotu usłyszałem potężne TUUUT i zobaczyłem rosnący w oczach statek turystyczny. Wiatr był dość mocny, więc jak by łódki nie ustawić, zawsze chciała płynąć szybko do przodu. W związku z tym ustawiłem ją w martwy kąt, żeby przeczekać przepływającego wielgacha.

W ten akurat dzień za drugiego członka załogi miałem Johna, który tego dnia też się skąpał, wpadając do wody zgubił okulary, i przy każdym manewrze przypominał mi żebym robił wszystko powoli („lataj synku nisko i powoli”). John był zmęczony, bez okularów nie widział zbyt dobrze, i wolał po prostu wykonywac polecenia. W ten sposób zostałem „kapitanem” łódeczki i mogłem pływać jak chcę. W związku z tym opłynąłem boje kilka razy zgodnie z zaleceniem instruktora, a po zakończeniu lekcji samodzielnie, bez holowania ani innej pomocy, wróciłem do nadbrzeża. Pierwszy. To znaczy, oczywiście nie był to żaden wyścig… ale jak są dwie łódki, to jedna zawsze dopływa do brzegu pierwsza, prawda?

Podsumowując

Jest ogromny kontrast pomiędzy żeglowaniem przy ładnej i przy wietrznej pogodzie. Obydwa rodzaje żeglowania mają swoje uroki – spokój i cisza, lub adrenalina. Komfort nauki żeglowania mocno zależy od pogody. Jeżeli na przykład ktoś boi się wpaść do wody, i trafi na słabą pogodę, to przebywanie w chybotliwej łódce, nawet w kamizelkach ratunkowych i w ciepłej zatoce, będzie stresujące.

Kurs windsurfingu który zrobiłem wiele lat temu przyspieszył moją naukę żagla. O ile wykonuje się inne czynności, to idee są te same: utrzymywanie świadomości skąd wieje wiatr i w którym kierunku płynie łódka, w jaki sposób ustawić żagiel żeby wypełnił się wiatrem, gdzie jest martwy kąt, w jak zaplanować kurs i zwroty. W ten sposób mogłem się skupić na manualnej stronie sterowania łódką, reagowania na podmuchy wiatru i na zmiany jego kierunku.

Żaglówka jest świetną zabawą, i o ile nie mam zamiaru zostać jakimś super żeglarzem, to uważam że jest to bardzo fajna umiejętność do kolekcji, i kto wie, może przydać się na emeryturze.