Względnie udana sobota

Spędziłem sobotę i kawałek niedzieli na usiłowaniach zrozumienia szczególnej teorii względności. (Na marginesie chciałbym zauważyć, że stosunkowo udana sobota, to coś trochę innego.) Obejrzałem 5 godzin wykładów na temat tej teorii. Kursy TTC są przygotowywane dla Amerykanów, więc tempo jest nie za szybkie, a profesor tłumaczy wszystko jak chłop krowie na miedzy.

Swoją drogą, dlaczego chłop krowie i dlaczego akurat na miedzy, też nie za bardzo rozumiem. Może chodziło o wytłumaczenie jej, żeby jadła trawę z pola sąsiada zamiast z naszego. Ale miałem o sobocie… no więc spędziłem więc te pięć godzin na krawędzi krzesła i wstrzymanym oddechu, ale cały czas nie rozumiem tej teorii, przynajmniej nie tak jak bym chciał ją rozumieć. No, może teraz nie rozumiem jej odrobinę mniej.

Kurs TTC zajmuje się głównie ogólnymi koncepcjami i tłem historycznym. Innymi słowy – unika matematyki. Na początek to dobrze, można się z grubsza zorientować „o czym to jest”. Ja zresztą nie mam nic przeciwko żeby mi tłumaczono rzeczy bardzo powoli, bo mam bardzo mały rozumek (i jestem z tego dumny). Jeżeli ktoś potrafi zrozumieć teorię względności na podstawie opisu w stylu _ach, doprawdy, to jest tylko zastosowanie transformacji Lorentza przy zmianie punktu odniesienia_ -- może przyjąć moje najszczersze wyrazy uznania, bo ja czegoś takiego nie potrafię.

I on to wszystko wymyślił za młodu.
Szok.

Wolę, przynajmniej na początek, założenia i ogólne objaśnienie. A są one piękne. Wszystko wychodzi od tego, że prawa fizyki są takie same dla każdego punktu odniesienia. Proste założenie, nietrywialne implikacje.

Komentarze

  • dexter (2008-06-16 11:51:33):

    No to życzę też stosunkowo udanej soboty.

    PS. Czasem warto też wczytać się w równania. Nie można zrozumieć fizyki bez równań…

  • Kasia Rogowska (2008-06-16 19:18:18):

    O widzisz, ja także postanowiłam przypomnieć sobie trochę zagadnień z fizyki. Co jak co, dobrze się w takich rzeczach orientować, nazywając siebie inżynierem ;)