Językowe inwestycje

Niedawno pisałem o tym, dlaczego warto uczyć się angielskiego. Ale angielski to nie wszystko, jest przecież cała masa innych języków. Czy warto się ich uczyć? Jeżeli tak, to których?

W moim liceum klasy były profilowane językowo. Mieliśmy tam dwie klasy angielskie, jedną francuską i jedną niemiecką. Ja byłem w niemieckiej, co w praktyce oznaczało sześć godzin lekcji tego języka tygodniowo. Moja motywacja do pójścia do klasy niemieckiej była mniej więcej taka: „Angielski już jako tako znam, używam go na komputerze i generalnie daję sobie radę. Pójdę na coś innego dla poszerzenia horyzontów, będę znał jeden język więcej.”

Sześć godzin tygodniowo przez cztery lata to całkiem konkretna ilość czasu, można powiedzieć, spora inwestycja.

Po skończeniu liceum znałem niemiecki jako-tako, to znaczy prawdopodobnie byłbym w stanie policzyć do dziesięciu, zapytać o drogę, albo kupić coś w sklepie. Niestety nigdy nie miałem okazji „oblatać” swojego niemieckiego, na przykład na jakimś pobycie w Niemczech, albo spotkaniach z Niemcami w Polsce. Czy pamiętam z tego języka coś jeszcze, trudno powiedzieć. Słownictwa już w większości nie pamiętam; reguł gramatycznych, szczególnie tych dotyczących der/die/das, też.

L. na studiach zainwestowała sporo czasu we francuski. Miała dość wymagającą nauczycielkę i pamiętam, że w domu spędzała dużo czasu odrabiając prace domowe z francuskiego. Twierdzi, że doszła blisko poziomu zbliżonego do FCE. Ona też, jak na razie, nigdy nie miała okazji „oblatać” tego języka, a ten z czasem zaczyna się zacierać.

Czy warto było inwestować? A może po prostu wybraliśmy złe języki?

Na przykład, w 2005 roku pewnie byłby mi się przydał duński. A ostatnio irlandzki. Tych z pewnością miałbym okazji użyć. Tylko kto to mógł przewidzieć?

Z czasem coraz bardziej doceniam znaczenie języka angielskiego i jestem coraz bardziej sceptyczny odnośnie wszystkich innych języków. To nie znaczy, że w ogóle nie ma sensu się ich uczyć; tyle, że osoba która chce się uczyć dodatkowego języka, zanim zacznie inwestować czas, powinna już dobrze wiedzieć, dlaczego.

Na przykład, osoba która ma zamiar studiować medycynę będzie wiedziała, dlaczego chce się uczyć łaciny. Albo miłośnik literatury, którego marzeniem jest przeczytać Goethego w oryginale. Albo osoba która chce odbyć podróż przez Amerykę Południową, albo pracować oprowadzając wycieczki po Rzymie, albo wyemigrować do Japonii. Te osoby wiedzą, którego języka potrzebują, i dlaczego.

Natomiast uczenie się języka tylko dla sportu czy poszerzania horyzontów, nie ma raczej większego sensu. Lepiej zainwestować swój czas w coś, co później zostanie wykorzystane. Na przykład, w dalsze rozwijanie angielskiego! Myślisz że dobrze znasz angielski? Świetnie, to przeczytaj książkę! Masz do przeczytania do szkoły Zbrodnię i Karę? Doskonale, idź do Empiku i kup wersję anglojęzyczną! Masz ochotę obejrzeć film? Włącz angielską ścieżkę dźwiękową i wyłącz napisy! Chcesz pisać? Znakomicie, załatw ze swoim promotorem, że pracę magisterską będziesz pisać po angielsku.

Nie ma czegoś takiego, jak „znam już angielski”. Zawsze jest ten jeden poziom wyżej, na który można wskoczyć.

W miarę płynnie po angielsku mówiłem mniej więcej od połowy liceum. Kiedy półtora roku temu przyjechałem do Irlandii, uważałem się, zresztą całkiem słusznie, za dobrze władającego tym językiem. Po przyjeździe przez pewien czas nie czułem, żebym się uczył czegokolwiek nowego. Zresztą, w początkowym okresie miałem stosunkowo mało okazji: w tygodniu półgodzinny lunch z sekretarką i kwadrans rozmowy z szefem; reszta dnia spędzona w większości w milczeniu, przed ekranem komputera. W domu wszystkie rozmowy po polsku. Jednak po pół roku, kiedy przypomniałem sobie siebie z momentu przyjazdu, zobaczyłem że zrobiłem postęp. Polegało to głównie na tym, ze potrafiłem się lepiej znaleźć w rozmowie; sprawniej odnajdywałem wyrażenia odpowiednie dla poszczególnych sytuacji.

Potem, kiedy zmieniłem pracę, zacząłem używać angielskiego naprawdę dużo. Kolejny krok w rozwoju odczułem mniej więcej rok później. Tym razem nie w mówieniu, a w rozumieniu. Kosztuje mnie to o wiele mniej wysiłku niż wcześniej, wychwytuję więcej niuansów i lepiej rozumiem rozmowę która odbywa się w hałasie albo w gwarze.

Ale na tym nie koniec, chcę się dalej rozwijać. Kolejnym etapem będzie znów praca nad mówieniem, chciałbym popracować nad akcentem i nauczyć się lepiej dobierać słowa pod kątem znaczeniowym.

Praca nad językiem który się już niby dobrze zna, jest cały czas ciekawa i wcale nie musi być łatwa. Jeżeli ktoś chce wyższej poprzeczki, może ją sobie postawić w języku angielskim.

A niemiecki, francuski, rosyjski czy włoski… Dopóki nie wiemy, do czego dany język będzie potrzebny, prawdopodobnie nie będzie potrzebny do niczego.