Z niedalekiej przeszłości

Uch. Nie chce ruszyć. Ciągnę jeszcze raz, trochę mocniej. Nic. Naciskam przycisk, który, jak się domyślam, zwalnia blokadę dżwigni, ale widocznie to nie wystarczy. Może trzeba zrobić coś jeszcze? Pociągnąć do góry? W dół? Może jeszcze jakiś przycisk? Niby proste, przestawić dżwignię z P (park) na D (drive? duh?).

Nie chcę kolejny raz zawracać głowy gościowi z wypożyczalni samochodów. No ale muszę jakoś ruszyć ten samochód!

Pierwszy raz w życiu siedzę za kierownicą samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Co na moim miejscu zrobiłby prawdziwy linuksowiec? Man samochód? Otwieram schowek i zaczynam wygrzebywać jego zawartość. Ubezpieczenie i jakieś inne papiery… to nie to. O! Jest instrukcja obsługi… indeks… strona 35… A! Trzeba trzymać wciśnięty hamulec. Przestawiam dżwignię i powoli ruszam. Po której stronie mam jechać? Po dwudziestu godzinach podróży można mieć wątpliwości. Dopiero co zacząłem się przywyczajać do lewostronnego ruchu w Irlandii, a tutaj nagle prowadzę samochód w ruchu prawostronnym.

W Irlandii jest inaczej niż w Polsce, ale jest tam też dużo Polaków, są polskie sklepy, a czasami nawet zdarza się usłyszeć polską reklamę w irlandzkim radio. Natomiast tutaj w Kaliforni, jest naprawdę inaczej. Nie ma już Polaków i naprawdę nie ma twarogu. Nie jest to już kwestia pojechania do centrum i wizyty w polskim sklepie. Tutaj twarogu po prostu nie ma. Nigdzie. Są natomiast rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem, małe i duże. Małe są na przykład talerzyki na których w jednej kafeterii są elementy posiłku. A duże… są na przykład budynki w San Francisco. Co i rusz natrafiam na rzeczy które nie wiem co znaczą. Na przykład na jezdni często napisane jest XING PED. Fajnie, na lotnisku w Los Angeles też zapowiadali samoloty po chińsku, ale to wcale nie znaczy że ja od razu zrozumiem co do mnie mówi dynastia Xing. Dopiero kolega Francuz wyklarował mi, że ped to pedestrian, a X to cross. Duh. A inne rzeczy – nie wiem do czego są, a jeżeli wiem do czego są, to nie wiem jak się ich używa. I często problem stanowi nie to, że użycie jest zbyt skomplikowane, ale dlatego że jest zbyt proste.

Na przykład kiedyś radośnie wskoczyłem do wanny żeby wziąć prysznic. Czyli, wiecie, takie coś z czego leci woda, najlepiej w jakiejś znośnej temperaturze. Pod prysznicem kontrolujemy dwa w miarę niezależne parametry: wielkość strumienia wody i jego temperaturę. Kontrolujemy je niewprost, bo mając jeden kurek z ciepłą a drugi z zimną wodą, musimy się nagimnastykować żeby np. zmienić wielkość strumienia nie zmieniając temperatury. Niektóre armatury ułatwiają to, udostępniając jedną dżwignię, którą możemy ruszać lewo-prawo żeby regulować temperaturę, a strumień kontrolujemy ruszając góra-dół. W każdym razie, wygodnie, czy niewygodnie, parametry mamy dwa. Bo to są dwa parametry, prawda, tego już się nie da dalej uprościć, prawda?

Jeżeli ta wajcha jest do regulacji strumienia, to gdzie się reguluje temperaturę? Jeżeli to jest temperatura, gdzie się włącza wodę? Przeszukałem łazienkę jeszcze raz. Tak, tam naprawdę nie ma żadnej innej wajchy, kurka, przycisku, niczego. Okazuje się że można to uprościć. Pierwsze ćwierć obrotu puszcza wodę, a pozostałe pół reguluje temperaturę. Ameryka jest dla mnie za prosta!

Ale to nie znaczy że nie czuję się tu swojsko. Może to zabrzmi dziwnie, ale momentami czuję się tu bardziej swojsko niż gdziekolwiek indziej! Chociażby ze względu na muzykę. W którym kraju usłyszę Over The Rainbow na lotnisku krajowym? W którym kraju wejdę do przypadkowej kawiarni i usłyszę Ellę Fitzgerald, Wesa Montgomery, albo Charliego Parkera? W którym kraju pokręcę kurkiem od radia i trafię na Normana Browna? Tutaj jest jak… w domu! W domu, w którym jazz leciał z głośników w dużym pokoju, sypialni, kuchni i łazience.

Pierwszy raz w życiu odbywałem ćwiczenia psychofizyczne znane powszechnie jako jetlag. Na przykład: Po południu rozmawiaj z kolegami jakby nigdy nic i czuj się jakby była pierwsza w nocy. Ale zabawa!

Jest ileś rzeczy, które chciałem kupić przez internet, ale zawsze odstraszały mnie ceny wysyłki do Europy. Teraz, skoro już jestem na miejscu, mogę skorzystać i pozamawiać wszystko na co mam ochotę. Na przykład, zamówiłem, jeszcze raz, bumerangi. Paczka z bumerangami wysłana do mnie do Irlandii nigdy nie dotarła na miejsce. Nie była też śledzona ani ubezpieczona, więc pewnie leży teraz o kogoś kto myśli że bumerangi rzuca się na płask. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, zamówiłem cztery nowe bumerangi. Jeden leciusieńki, piankowy, do rzucania w domu. Drugi też piankowy, trochę większy. Trzeci drewniany, dopasowany do damskiej ręki. Czwarty, Challenger 2, jest poważnym długodystansowym bumerangiem o zasięgu, jak twierdzi producent, blisko 100m. Ale frajda! Drugim większym zakupem są dwa kolejne kursy z TTC.

W pierwszą niedzielę pojechaliśmy z kolegą obejrzeć San Francisco. Jakie tam wszystko wielkie! Zaliczyliśmy, oczywiście, Comp USA, czyli wielki supermarket komputerowy, oraz Apple Store, gdzie mogłem pobawić się, jak już się dopchałem, iPhone. W drugą niedzielę wybrałem się do Muzeum Historii Komputerów. Dziwne to uczucie, widzieć swój pierwszy komputer za szybą w muzeum. Kiedyś żartowałem, że tak będzie. Okazuje się że żartowanie sobie nie powoduje zaniknięcia dziwnego czucia się.


Museum of Computer History

Sprawdza się wiele rzeczy które słyszałem o USA. Że jest bardzo inaczej, że Europa robi się odległa i mała, że wszystko jest wielkie, że wszędzie jeżdzi się samochodem. I że mówi się tu nie po angielsku, a po amerykańsku. Oraz, jak się okazuje, że Europa żyje w przyszłości. Kiedy ja się kładę spać, w Europie ludzie już wstają – tam już jest jutro! To interesujące, ciekawe czy w Europie już mają Linuksa 2.6.23?

Komentarze

  • Walker (2007-10-05 13:43:33):

    Baardzo ciekawy wpis i przyjemnie się go czyta.

  • mariusz (2007-10-05 14:27:03):

    zazdroszcze… ;)

  • GiM (2007-10-11 17:48:52):

    Czołem automacieju, zostajesz tam, czy to tak na jakiś czas? :)